Obsesja

Thriller (jak najbardziej) erotyczny (już mniej), w którym w głównych rolach kobiecych występują znana piosenkarka, Beyoncé Knowles, i jedna z Herosek, Ali Larter, która powinna była grać w Terminatrix zamiast Kristanny Loken, jest jednym z ciekawszych filmów ostatnich miesięcy. Wszystko zaczyna się niewinnie – Derek Charles, świeżo awansowany spec z rynku finansowego, właśnie wprowadził się do wymarzonego domu wraz ze swoją ukochaną żoną, Sharon, i synkiem, Kylem… Pewnego dnia wsiada do windy razem z atrakcyjną białą kobietą, która okazuje się być przysłaną na zastępstwo do firmy Dereka. Derek od razu wpada Lisie w oko. Po kilku dniach zostaje ona na krótko asystentką Dereka, w zastępstwie oczywiście. Ze swoich zadań wywiązuje się bez zarzutu, z wyjątkiem, kiedy Sharon dzwoni do biura… Lisa coraz bardziej zakręca się wokół przełożonego, w końcu dopadając go na imprezie firmowej z okazji Bożego Narodzenia, podczas którego najpierw podrywa i upija Dereka, a później rzuca się na niego w toalecie, lecz zostaje odrzucona. Następnego dnia obydwoje zachowują się jakby nic się nie stało, aż do momentu wyjścia Dereka z pracy. Lisa wparowuje do jego samochodu w płaszczu, który po chwili rozchyla ukazując się w samej bieliźnie. Tym razem Derek wkurza się nie na żarty i wyrzuca natrętną dziewczynę z samochodu. Jednak ona nie da za wygraną. Lisa będzie coraz śmielsza w swoich poczynaniach. Jak to się zakończy?

Jak widać, fabuła jest bardzo ciekawa. Muzyka jest jednak przeciętna, jednak akcja sprawia, iż nie przeszkadza to aż tak bardzo. Film ma kilka elementów, w których uderza “z grubej rury”, nie pozwalając nam się nudzić. Obsada aktorska nie jest wielka, jednak są w niej perełki, i nie chodzi mi tylko o Beyoncé, która zagrała bardzo dobrze, ale jest bardziej wabikiem przyciągającym tłumy do kin (tak samo jak część “erotyczny” w kampanii promocyjnej filmu), lecz także Jerry O’Connell, znany trochę starszej publiczności z serialu “Sliders – Piąty Wymiar”, oraz wspomniana Ali Larter, najbardziej w Polsce znana z seriali “Herosi”.

Zdecydowanie polecam, śmiało oceniając film na mocne 8.

Czarna księga

Najnowsza (w Polsce) książka Iana Rankina oparta na motywie zawieszonego superbohatera. John Rebus pod wpływem intuicji i zaistniałych okoiczności postanawia sposzperać w sprawie sprzed 5 lat, która nigdy nie została rozwiązana. Rebus dokopuje się coraz głębiej, jednak za jego odkrycia zapłacą inni, jak i on sam. Rebus zostanie zawieszony, co jednak go nie powstrzyma przed działaniem i, ostatecznie, rozwiązaniem sprawy. Akcja jest długa i bardzo ciekawa, ale łatwa do streszczenia mimo wszystko. Dobry gliniarz staje się lepszy, więc go zawieszają, dzięki czemu jest jeszcze lepszy. Jednak za pewną cenę, która nie jest aż tak straszna, jak się oczekiwało. Do tego dochodzą smaczki. Styl Rankina bardzo pasuje do tekstu – kryminał w oprawie kryminału w swoim najlepszym wydaniu. Mimo, że sceny znane z Kinga nie mają tu miejsca, nikt nie boi sie zakląć, czy dobitnie wyrazić swoje zdanie lub nawet sprzeciw. Na humor nie można narzekać, jeśli jest się fanem kryminałów, jest on iście filmowy. 3-osobowy narrator zręcznie wtrąca komentarze dotczyące domysłów Rebusa, opowiadając całą historię w ciekawy sposób.

Pozycja warta polecenia wszystkim fanom kryminałów, bardzo solidna. 8+/10

Czarna księga

Kto zabija najsławniejszych amerykańskich pisarzy?

Jest komedią w iście amerykańskim stylu. Humor nie jest wyrafinowany, miejscami absurdalny (postać Goriego – człowieka-krokodyla), bardziej nadaje się na scenariusz kolejnej komedii ze Stevem Martinem lub Leslie Nielsenem, z których zresztą ten pierwszy jest jednym z zamieszanych w zniknięcie pisarzy. Akcja jest podzielona na rozdziały, w których przedstawiane są zniknięcia kolejnych sław świata literackiego, z wyjątkiem rozdziałów ze Stephenem Kingiem (jak się później okaże – wybawicielem), które są przerywnikami między kolejnymi zaginięciami. Akcję obserwujemy z perspektywy tego samego narratora (nie ma zmian perspektywy, jeśli nasz bohater coś myśli, to narrator to opisuje), który jest wszechwiedzy. Zakończenie jest zaskakujące (oczywiście w stylu wspomnianych komedii). Język wykorzystany jest prosty, ze stron nie bije ambicja. Moim zdaniem jest to świetny materiał na scenariusz filmowy, jednakże ogólne wrażenie i tak jest całkiem dobre. Cytaty z okładek są przesadzone, ale nie można powiedzieć, że książka Kaplowa jest kiepska, nawet jeśli nie jest się fanem amerykańskich komedii –są momenty, kiedy nie da się nie zaśmiać, zwłaszcza w rozdziałach z Kingiem. Podsumowując – książka nie jest wybitna, ale takie książki są rzadkością na naszym rynku, ma w sobie „to coś” co sprawia, że chce się czytać dalej, ale była chyba pisana z nadzieją na zostanie scenariuszem, niż bestsellerem.

Ostateczna ocena – 6+/10

Kto zabija najsławniejszych amerykanskich pisarzy

Północ

Oryginalnie wydany w 1989 thriller przeniesie nas do Moonlight Cove, miasteczka, w którym przeprowadzana jest Zmiana… Ludzi przechodzą do kolejnego etapu człowieczeństwa – Nowych Ludzi. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem. Akcja zaczyna się już od pierwszej strony, jak to u Koontza, kiedy to spokojną Janice Capshaw, wdowę po miejscowym duchownym, która lubi biegać nocą dla zdrowia, napadają i mordują dziwne stwory… Jest to tylko jeden z kilku wypadków tego typu w tej okolicy, mających miejsce od miesiąca. Wszystkie ofiary są poddawane kremacji zwłok, coś tu nie gra. Aby zbadać sprawę dokładniej FBI wysyła Sama Bookera. W tym samym czasie do miasta przybywa siostra Janice, Tessa. Na krótko przed wysłaniem Bookera, FBI dostaje wiadomość od miejscowego weterana wojennego, który został kaleką dzięki wojnie w Wietnamie, Harry’ego Talbota, którego niepokoją wydarzenia w miasteczku. Samo Moonlight Cove jest kontrolowane przez Thomasa Shaddacka, który jest głównym sprawcą Zmiany. Jego, z założenia genialny, plan zmienienia wszystkich ludzi w lepsze istoty ma pewne wady – regresywnych, który możliwości otrzymane po Zmianie używają inaczej, niż było planowane… Booker jest sam przeciwko całemu miastu – bez względu na to, czy zostali poddani zmianie. Nie może liczyć na pomoc policji, została już ona zawładnięta przez Shaddacka. Jednak nawet udoskonalona policja nie potrafi sobie poradzić z małą Chrissie, która ucieka regresywnym aż dwa razy, a policja nie potrafi nawet jej znaleźć. W pewnym momencie nasi bohaterowie spotkają się w tym samym miejscu – aby wyruszyć na ostateczną rozprawę z kierownikiem zamieszania.

Fabuła oczywiście jest dużo bardziej rozbudowana, jednak ten opis powinien wystarczyć, żeby skusić do sięgnięcia po ten tytuł. Dodatkowo, obecne wydane, z 2009 roku, zawiera nowe posłowie autora, które dla każdego fana jest zawsze smaczkiem.

Styl Koontza jest niepowtarzalny – akcja rozwijająca się od samego początku, wielowątkowość jest przeprowadzona równolegle bez wrażenia, że coś istotnego z tych wydarzeń mogło nas ominąć, podczas patrzenia zza ramion innych postaci. Jego humor jest okraszony dużą ilością ironii i sarkazmu, sposób kreowania postaci w wielu wypadkach opiera się na stereotypach (Booker mógłby być zamiennikiem Max Payne’a, a Chrissie jest typowym inteligentnym dzieckiem, które musi irytować swoją bujną wyobraźnią i absurdalnymi pomysłami). Wszystko kończy sie szczęśliwie – jak w wielu jego książkach – bohaterowie wychodzą zwycięsko z nawet najgorszych starć. Jednak najpierw czeka ich długa droga, która ani na chwilę nie zanudzi czytelnika.

Końcowa ocena – 9.

KoontzPółnoc

Kapłanka w bieli

Najnowsza wydana w Polsce książka Trudi Canavan, pierwsza część trylogii “Ery Pięciorga”, opowiada nam o losach Aurayi, jednej z Białych, którzy są Wybrańcami Bogów. Fabuła zaczyna się dość standardowo – dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności w młodym dziecku zostaje rozpoznany wielki potencjał i zostaje ono zabrane na szkolenie. W niedługim czasie Auraya zostaje Białą i otrzymuje swoje pierwsze misje. Zostaje ona wysłana w świat z zadaniem zdobycia nowych sojuszników dla swego kraju, lub raczej bogów, gdyż to ich wolą jest, aby Biali zjednoczyli pokojowo wszystkie państwa. W swojej wyprawie Auraya się zakocha, jednak to trzeba odkryć samemu… Szybko po zdobyciu nowych sojuszników cale przymierze Cyrklian stanie w obliczu wojny z pogańskimi Pentadrianami – także wyznających pięciu bogów, także mających pięciu najwyższych kapłanów. Punkt kulminacyjny każdy znajdzie w książce inny, zależnie od gustu. Który to będzie, zostawiam już tym, którzy przeczytają.

Co zaś się tyczy stylu, to nie można się zawieść. Narracja jest świetna, czasami nawet przejawiająca dowcip. Akcja przenosi się nie tylko z rozdziału na rozdział, lecz także w nich, co już jest znakiem rozpoznawczym Canavan, który nie jest może oryginalny, ale rzadko komu tak dobrze wychodzi wyczucie momentu “przeniesienia” tej akcji do zupełnie innego miejsca.

O świetności książki można by mówić jeszcze długo, jednak żadne słowa nie wystarczą, aby oddać zachwyt, jaki odczuwałem podczas czytania. Rzadko kiedy bardziej się zachwycałem pomysłowością (w końcu nie każdy wymyśla, na przykład: całkiem nową florę i faunę), fabułą, postaciami i ich wyborami, czy umiejętnościami autora.

Bardzo mocno polecam wszystkim, nie tylko fanom fantastyki (może niektórzy nawet przekonają się co do tego gatunku – w końcu jest on bardzo obfity w dobrych pisarzy). Końcowa ocena – 9/10.

Kapłanka w bieli

Duchy moich byłych

Connor Mead kocha kobiety. Problem w tym, że wszystkie naraz. Connor po prostu bardzo lubi się zabawiać z kobietami. Związków nie uznaje, w miłość nie wierzy, dla niego istnieje tylko “niezobowiązujący seks”. Znany fotograf-uwodziciel (jak łatwo się domyśleć fotografuje on kobiety, zwłaszcza jeśli są one ubrane jedynie w bieliznę) ma młodszego brata, który jest jego kompletnym przeciwieństwem – jest spokojny, wychowany i… właśnie bierze ślub. Connor, wieczny imprezowicz, nie popiera tego pomysłu, ale twierdzi, że  to dobra okazja do kolejnych podbojów łóżkowych. Jego arogancki styl bycia przyciąga kobiety jak magnes, z wyjątkiem jednej – Jenny Perotti. Jenny  stara się tonować obecność i zachowanie Connora, jednak Connora nie zmieni żaden z żywych ludzi. Do tego potrzeba innej siły. Tak więc Connor podczas pobytu w łazience zostaje odwiedzony przez wujka Wayne’a, legendę podrywu i imprez, wzoru Connora. Zapowiada mu on… zmianę i to w ciągu najbliższej nocy. Connora odwiedzić mają trzy duchy… Czyż nie brzmi to znajomo? Tak, tak. Motyw z “Opowieści wigilijnej” przeniesiono do współczesności w odrobinie innym kontekście, co dało świetny wynik, nie tylko w fabule filmu. “Duchy moich byłych” to świetna komedia z mieszanką poczuć humoru – widz znajdzie w nim zarówno standardowe komediowe zagrywki, gagi, czy inne śmieszne sytuacje, dialogi, ale także i ironię i sarkazm, co razem stworzyło bardzo dobrą mieszankę. Dodać do tego dobrą obsadę (Matthew McConaughey, Jennifer Garner i Michael Douglas w rolach głównych) i dostajemy efekt “palce lizać”. Film na pewno nie rozczaruje, gorąco polecam.

W skali od jednego do dziesięcu przynaję 10. Już dawno tak dobrze się nie śmiałem w kinie!

Dzień Matki

Dziś, 26 maja, jest dzień matki. Wobec tego chciałbym złożyć życzenia wszystkim mamom, a zwłaszcza swojej (której już i tak złożyłem z samego rana :) ). Bez Was nie byłoby nas, to Wy nas urodziłyście i za to jesteśmy Wam wdzięczni. Nawet jeśli ktoś nie dogaduje się dobrze ze swoją mamą na codzień, to chociaż dzisiaj wypadałoby się wysilić  na telefon i życzenia, nie zaboli nikogo. Jeszcze raz, wszystkiego najlepszego wszystkim Mamom.

King razy pięć

“Stephen King na wielkim ekranie” to zbiór pięciu opowiadań, które zostały przeniesione na wielki ekran i swoim efektem zadowoliły Mistrza Kinga (ukłon w stronę autora jak najbardziej mu sie należy, w końcu nie każdy zostaje tak uznanym pisarzem). Do każdego z opowiadań (“1408″ , “Maglownica”, “Serca Atlantydów”, “Skazani na Shawshank” i “Dzieci kukurydzy”) zamieszona została krótka notka autora, zawierająca jego osobiste przemyślenia i nie tylko. Notki zamieszczony zostały przed opowiadaniami, jednak niektórzy mogą woleć przeczytanie ich dopiero po przeczytaniu opowiadania (aczkolwiek jeśli już wcześniej się je czytało, to być może dobrym pomysłem jest zaczęcie od notek, które sprawią, że wrażenie z czytania będzie inne niz wcześniej). Mimo, iż książka jest bardziej tak zwanym “skokiem na kasę”, jest warta polecenia, gdyż jest to bardzo udane wykonanie tego skoku. Aby nieznacznie poprawić wrażenie, jakie może dzięki temu się wytworzyć, dodam tylko, że to nie pomysł polskiego wydawcy, tylko amerykańskiego wydawnictwa Pocket Books (dla bardziej zaintrygowanych – tytuł oryginalny to  “Stephen King Goes to the Movies”). Więc tutaj “spisek” jest już większy ;)   Jednak ze względu na dobry pomysł i przyzwoity efekt chyba nawet najwierniejsi fani będa w stanie to wybaczyć.

Oceny nie będzie, gdyż to się mija z moim celem, który zakładał opisanie samego pomysłu, a nie opowiadań. Będzie jedynie “polecam”. Polecam. Bardzo.

StephenKingNaWielkimEkranie

Ręka mistrza

Co prawda premiera książki miała miejsce dość dawno (sierpień 2008 roku), ale stwierdziłem, że fajnie by było sięgnąć po “coś starszego”, jak to czasami się ma. “Ręka mistrza” Stephena Kinga może śmiało aspirować do miana jednej z najlepszych książek, które przeczytałem, nie tylko w tym roku.

Przechodząc do rzeczy, kilka ogólnych słów o fabule:

Edgar Freemantle, mąż i ojciec dwóch córek, właściciel firmy budowlanej, którą założył od zera i doprowadził do szczytu, przeżywa wypadek na budowie w wyniku którego traci prawą rękę i zaczyna mieć problemy z kilkoma funkcjami mózgu. Między innymi staje się zbyt agresywny. W pewnym momencie jego żona nie może już dłużej wytrzymać i żąda rozwodu. Edgar zostaje sam, jego córki studiują daleko od niego, żona się z nim rozwodzi i wyniosła się z domu. Leczeniem Freemantle’a zajmuje się nie tylko fizjoterapeutka, ale także i pewien psycholog, który w pewnym momencie zaleca Eddiemu przenieść się na jakiś czas w inne miejsce i “zacząć od nowa”. I tak oto nasz bohater pojawia się na wyspie Duma Key, gdzie niedługo zaczną się dziać rzeczy, o których nigdy nawet nie śnił, to już nawet nie magia, to coś więcej… Mimo, iż na początku może się wydawać dość nudna, “Ręka mistrza”, absolutnie taka nie jest. Akcja rozwija się wolno, nabiera rozpędu, aby przez ostatnie paręnaście stron sprawiać, że oderwać się od lektury jest niesamowicie ciężko. NIe tylko sama fabuła jest tutaj wielkim atutem, ale także i jej poprowadzenie.

Zasadniczo o stylu wystarczyłoby powiedzieć, że to książka Kinga i od razu powinno być jasne, czego się spodziewać. Jednakże nie każdy musi znać ten styl. A jest on jedyny w swoim rodzaju. Każda z postaci jest bardzo ciekawa, z własną osobowością, dopracowana, nawet te epizodyczne. A zwłaszcza główny bohater, a także jego nowi przyjaciele – Wireman i Jack. Kolejną z zalet Kinga jest język – bogaty, także w przekleństwa. Język u Kinga jest bardzo “życiowy”, nie boi się on zakląć w sytuacji, w której prawdopodobnie tylko święci (i bohaterowie książek setek innych autorów) powiedzieliby “mój Boże”. I to dodaje dość dużo realizmu stylowi, tak samo zresztą, jak dość duża śmiałość jeśli chodzi o pierwiastek seksu i erotyzmu, który to wciąż wydaje się być tematem tabu w dzisiejszych czasach, kiedy to nastolatkowie uświadamiają rodziców, a nie na odwrót (niestety, takie czasy). Następnym elementem stylu Kinga są jego opisy i szczegółowość. Opisy są ciekawe i dokładne, pozwalają na bardzo dokładne wyobrażenie sobie tego, co czytamy. Właściwie czytanie Kinga to nie tylko czytanie – to sen na jawie.

Książka jest zdecydowanie godna polecenia – ciekawa, długa fabuła, genialny styl. Jednak mam jedno zastrzeżenie – dotyczący ono tłumaczenia (jako przyszły tłumacz jestem na tym punkcie wyczulony). Przypisy – owszem, są one bardzo przydatne, gdyż oszczędzają sprawdzania w Internecie kilku rzeczy, o których w książce mowa, ale mam wrażenie, że przypisy dotyczące pojawiających się tu i tam słówek hiszpańskich zostały potraktowane po macoszemu. Jeśli tłumaczymy je, to wypadałoby już wszystkie, nawet te najbanalniejsze. W tekście mniej więcej jedna trzecia tych słówek i wyrażeń zostaje objaśniona, co jest trochę leniwym zabiegiem. Dodatkowym minusem jest także to, że jeden taki zestaw został przetłumaczony podwójnie – przy obydwu swoich wystąpieniach w tekście. Oprócz tego tłumaczenie było bardzo dobrej jakości, niestety te potknięcia z hiszpańskim znacznie obniżają dobre wrażenie.

W ostatecznym rozliczeniu wystawiam ocenę 8/10.

Przeczytajcie, gwarantuję, że nie będziecie żałować.

rękamistrza

Ten stres…

Dzisiaj wyjątkowo krytycznie i złośliwie, ze względu na to, iż dotyczy to niesamowitej wręcz głupoty.

Czwartkowe Metro pisało, między innymi, o nastolatkach, które coraz częściej sięgają po środki uspokajające, według danych 18% polskich nastolatków przyznaje się do sięgania po tego typu “używki”. Dodać do tego tych, którzy się nie przyznają i na pewno dojdziemy do 25-30%. Cóż, podobno żyjemy w stresujących czasach, więc trzeba sobie jakoś radzić, czyż nie? Problem tylko w tym, że ludzie w tak młodym wieku tak naprawdę rzadko, kiedy żyją w stresie. Nie mówię o młodzieży padających ofiarami przemocy w rodzinie, czy na podwórku – mam na myśli przeciętnego nastolatka, którego największym problemem jest szkoła. Wielki mi stres, liceum. Nie mówiąc już, że gimnazjum – to dopiero przerąbana sytuacja… Niestety, ale nie rozumiem powodu takiego stanu rzeczy. Już prędzej zrozumiem palenie papierosów jako lans, aczkolwiek jest to równie durne, ale przynajmniej ma w tym jakiś cel. Artykuł opisuje, że do tych nastolatków nie dociera informacja, że leki mogą być szkodliwe (kto by pomyślał?). Co i tak nie usprawiedliwia niczego, bo nie potrzeba mieć wysokiego poziomu inteligencji, żeby przeczytać ulotkę, na której jest to napisane. Skoro w wieku 15-18, kiedy jest się bardziej dzieckiem, niż dorosłym, sięga się po środki uspokajające i papierosy (podobno pomagają się odstresować, a przynajmniej tak twierdzi nasza młodzież), to co będzie na studiach, czy, nie daj Boże, w pracy? Narkotyki? Większość leków uspokajających (z wyjątkiem tych pochodzenia roślinnego) ma dość silne efekty, zwłaszcza, jeśli chodzi o negatywny wpływ na organizm. Oprócz niszczenia go, powoli, ale jednak, sprawiają, że można się od nich uzależnić i wtedy dopiero jest problem. Uzależnienie od leków jest tak samo ciężkie jak uzależnienie od narkotyków, czy alkoholu. Czy naprawdę warto sięgać po coś, co nie jest aż tak bardzo potrzebne? Ja też kiedyś byłem w gimnazjum i liceum i z własnego doświadczenia wiem, że to wcale nie jest takie stresujące. Żeby się pozbyć napięcia wystarczy trochę poprzebywać ze znajomymi, wyszaleć się w sporcie, czy chociażby przy grach  komputerowych, a nie używać leków, jak ludzie chorzy na nerwicę. Później doprowadzi to tylko do samych problemów i do sytuacji, że nic nie będzie wystarczające, aby pomóc, lub przedwczesnej śmierci. Czy tego właśnie chcecie? Czy ta cena nie jest zbyt wygórowana?

Podsumowując – duży minus za głupotę.

« Starsze wpisy