Co prawda premiera książki miała miejsce dość dawno (sierpień 2008 roku), ale stwierdziłem, że fajnie by było sięgnąć po “coś starszego”, jak to czasami się ma. “Ręka mistrza” Stephena Kinga może śmiało aspirować do miana jednej z najlepszych książek, które przeczytałem, nie tylko w tym roku.
Przechodząc do rzeczy, kilka ogólnych słów o fabule:
Edgar Freemantle, mąż i ojciec dwóch córek, właściciel firmy budowlanej, którą założył od zera i doprowadził do szczytu, przeżywa wypadek na budowie w wyniku którego traci prawą rękę i zaczyna mieć problemy z kilkoma funkcjami mózgu. Między innymi staje się zbyt agresywny. W pewnym momencie jego żona nie może już dłużej wytrzymać i żąda rozwodu. Edgar zostaje sam, jego córki studiują daleko od niego, żona się z nim rozwodzi i wyniosła się z domu. Leczeniem Freemantle’a zajmuje się nie tylko fizjoterapeutka, ale także i pewien psycholog, który w pewnym momencie zaleca Eddiemu przenieść się na jakiś czas w inne miejsce i “zacząć od nowa”. I tak oto nasz bohater pojawia się na wyspie Duma Key, gdzie niedługo zaczną się dziać rzeczy, o których nigdy nawet nie śnił, to już nawet nie magia, to coś więcej… Mimo, iż na początku może się wydawać dość nudna, “Ręka mistrza”, absolutnie taka nie jest. Akcja rozwija się wolno, nabiera rozpędu, aby przez ostatnie paręnaście stron sprawiać, że oderwać się od lektury jest niesamowicie ciężko. NIe tylko sama fabuła jest tutaj wielkim atutem, ale także i jej poprowadzenie.
Zasadniczo o stylu wystarczyłoby powiedzieć, że to książka Kinga i od razu powinno być jasne, czego się spodziewać. Jednakże nie każdy musi znać ten styl. A jest on jedyny w swoim rodzaju. Każda z postaci jest bardzo ciekawa, z własną osobowością, dopracowana, nawet te epizodyczne. A zwłaszcza główny bohater, a także jego nowi przyjaciele – Wireman i Jack. Kolejną z zalet Kinga jest język – bogaty, także w przekleństwa. Język u Kinga jest bardzo “życiowy”, nie boi się on zakląć w sytuacji, w której prawdopodobnie tylko święci (i bohaterowie książek setek innych autorów) powiedzieliby “mój Boże”. I to dodaje dość dużo realizmu stylowi, tak samo zresztą, jak dość duża śmiałość jeśli chodzi o pierwiastek seksu i erotyzmu, który to wciąż wydaje się być tematem tabu w dzisiejszych czasach, kiedy to nastolatkowie uświadamiają rodziców, a nie na odwrót (niestety, takie czasy). Następnym elementem stylu Kinga są jego opisy i szczegółowość. Opisy są ciekawe i dokładne, pozwalają na bardzo dokładne wyobrażenie sobie tego, co czytamy. Właściwie czytanie Kinga to nie tylko czytanie – to sen na jawie.
Książka jest zdecydowanie godna polecenia – ciekawa, długa fabuła, genialny styl. Jednak mam jedno zastrzeżenie – dotyczący ono tłumaczenia (jako przyszły tłumacz jestem na tym punkcie wyczulony). Przypisy – owszem, są one bardzo przydatne, gdyż oszczędzają sprawdzania w Internecie kilku rzeczy, o których w książce mowa, ale mam wrażenie, że przypisy dotyczące pojawiających się tu i tam słówek hiszpańskich zostały potraktowane po macoszemu. Jeśli tłumaczymy je, to wypadałoby już wszystkie, nawet te najbanalniejsze. W tekście mniej więcej jedna trzecia tych słówek i wyrażeń zostaje objaśniona, co jest trochę leniwym zabiegiem. Dodatkowym minusem jest także to, że jeden taki zestaw został przetłumaczony podwójnie – przy obydwu swoich wystąpieniach w tekście. Oprócz tego tłumaczenie było bardzo dobrej jakości, niestety te potknięcia z hiszpańskim znacznie obniżają dobre wrażenie.
W ostatecznym rozliczeniu wystawiam ocenę 8/10.
Przeczytajcie, gwarantuję, że nie będziecie żałować.
