STOP!

Otóż sprawdzam sobie dzisiaj skrzynkę pocztową, a tutaj stos różnych ulotek. Podziękowania od Jarosława Kaczyńskiego za głosowanie w wyborach (nie ma za co!), ulotki z nowymi drzwiami i oknami… Aż tu widzę jakąś perełkę! Wielki napis „STOP!”od razu przykuł moją uwagę. Przyglądam się bliżej,a tu pod nim „promocji homoseksualizmu”. Od razu się zainteresowałem, co też znowu ci bezczelni geje i lesbijki sobie wymyślili?! Otóż okazuje się, że na 17 lipca zaplanowano ogólnoeuropejską paradę homoseksualistów. O zgrozo! To ZŁO musi zostać POWSTRZYMANE! Już lecę po siekierę, motykę czy chociażby plastikowe grabie do liści, aż tu nagle… uświadamiam sobie, że nie żyję w XII wieku, tylko w czasie, kiedy jedna z I zmienia się na drugie X i wychodzi XXI. Niesamowite! Czytam dalej, a tu bardzo obiektywna definicja tego wydarzenia – „Jest to kolejna prowokacja homoseksualnych aktywistów, którzy promują obsceniczne zachowania i wzywają do nienawiści religijnej.”

Poniżej hasła „Nie pozwól, aby doszło do publicznej demoralizacji!” i „Nie dopuść, aby publicznie promowano postawy wrogie rodzinie i chrześcijaństwu!”. Obok wydrukowany list do Prezydent Miasta Warszawy, Pani Hanny Gronkiewicz-Waltz, który to list, jakżeby inaczej, wygłasza sprzeciw i apeluje o odwołanie tego jakże niemoralnego i zagrażającego całemu wszechświatowi przedsięwzięcia, powołując się nawet na art. 2 ustawy o zgromadzeniach (treść artykułu „Art. 2.  Wolność zgromadzania się podlega ograniczeniom przewidzianym jedynie przez ustawy, niezbędnym do ochrony bezpieczeństwa państwowego lub porządku publicznego oraz ochrony zdrowia lub moralności publicznej albo praw i wolności innych osób, a także ochrony Pomników Zagłady w rozumieniu ustawy z dnia 7 maja 1999 r. o ochronie terenów byłych hitlerowskich obozów zagłady (Dz. U. Nr 41, poz. 412)).”

Jest to kolejny przejaw jakże nieograniczonej „miłości i tolerancji” płynącej ze strony chrześcijan. Widocznie homoseksualiści nie są bliźnimi, więc nie trzeba ich miłować (ograniczanie ciężko nazwać miłowaniem, nieprawdaż?). Nawet opatrzono to też cytatami samego Jana Pawła II, a także i notką „Jeżeli jesteś katolikiem, to odmów również różaniec w intencji wynagrodzenia Maryi Królowej Polski za publiczną promocję grzechów przeciw naturze.”, tutaj komentarz jest jak najbardziej zbędny. Moją pierwszą reakcją na ten żenujący (nie bójmy się tego powiedzieć, zarówno forma jak i sam pomysł takie właśnie są) apel był niepohamowany śmiech. Tych ludzi traktuje się CO NAJMNIEJ jakby byli przestępcami. Nie jestem związany ze środowiskami homoseksualnymi, ale jestem tolerancyjny w stosunku do osób o innej orientacji seksualnej (i nie tylko do nich zresztą), a nawet jestem przychylny temu, żeby mieli więcej praw, niż obecnie. To też są ludzie, na dodatek nie są to ludzie chorzy, których trzeba wyleczyć, a z jakiegoś powodu (czyżby Kościół i jego „polityka”?) traktuje się ich jak dziwolągi i odmawia im wielu praw. Może i są minusy tego, że dzieci by były wychowywane przez 2 mężczyzn, lub kobiety, ale dzięki temu, właśnie poprzez akceptację, możemy stawać się narodem lepszym i bardziej tolerancyjnym, aczkolwiek patrząc na nasze homofobiczne (i nie tylko, głównie też zakompleksione) społeczeństwo ciemno to widzę… Ale zaraz, zaraz, wracając do rzeczy, co mnie tak rozśmieszyło? Otóż nie sam fakt protestu, tylko odmawianie innym praw (tak właśnie tak ten przekaz odbieram), bo są inni, sprawia, że czuję pogardę do takich ludzi i uważam, że jeśli komukolwiek powinno się ograniczyć prawa, to właśnie takim fanatykom. Właśnie forma mnie „rozbroiła”. Czyż nie płynie z tej treści tylko i wyłącznie obrzydzenie w stosunku do gejów i lesbijek i agresja? A także kłamstwo i egocentryzm. Brakuje jeszcze tylko inwektyw pokroju „te wstrętne pedalstwo”… Ale od początku. Prowokacja? Faktycznie, może i homoseksualiści nie wybierają spokojnych metod, ale przecież ci ludzie nie podchodzą do tłumu z napisami „walnij pedałowi” i nie tańczą obscenicznie „że aż się chce w ryj dać takiemu”? Przypomnę, że kobiety walczące o swoje prawa też były radykalne (jak na tamte czasy) i, na przykład, głosowały. A jakoś nikt tego nie krytykuje. Może ci ludzie powinni chodzić i palić samochody jak „inni” w wielu krajach, chociażby Afroamerykanie we Francji, czy imigranci w Szwecji? Chyba lepiej, żeby to wyglądało niesmacznie, niż żeby miało na tym cierpieć mienie innych, nie tylko publiczne? Ale jaka nienawiść religijna? Jeśli w kontekście religii i homoseksualizmu ktoś tu prowokuje nienawiść to prędzej to właśnie wiara to robi. Homoseksualiści po prostu chcą być sobą i nie być krępowani przez społeczeństwo i prawo. Nie słyszałem o sytuacji, w której homoseksualiści by wołali, że religia jest zła. Natomiast, że homoseksualiści są złem słychać przy każdej okazji. A że są obrzydliwi, niemoralni, wyklęci przez Boga. Publiczna demoralizacja… To mnie nie przekonuje, zwłaszcza w dobie łatwego i nieograniczonego dostępu do Internetu. A jest jeszcze telewizja i gry komputerowe (!!!!!!!!!!!!!!!). O ile jeszcze całowanie się homoseksualistów na ulicy nie sprawi, że moja psychika może w znaczącym stopniu być zniekształcona i na tyle, abym został zagrożeniem publicznym, to jednak są gry komputerowe i filmy, w których rozwiązaniem konfliktu nie jest herbata, ciastka i dialog, tylko porządny łomot. A jak nie mam pieniędzy to co robię? No przecież, że nie idę do pracy, tylko porywam komuś ojca/żonę/dziecko. Niby odległe od siebie „demoralizatory”, ale mają ze sobą to wspólnego, że trzeba mieć naprawdę słabą psychikę, aby miały one znaczący na nią wpływ. Nie mówiąc już o tym, że jak NIE chcę tego oglądać, to NIE OGLĄDAM, i tyle. Może i dziwne zachowanie, ale tak, wyłączam, nie patrzę, a nie rozsyłam do ludzi kartki z protestem przeciwko danemu filmowi w telewizji. Oprotestujcie kanały dla dzieci, bo teraz większość kreskówek albo je odmóżdża, albo pokazuje, że w życiu problem da się rozwiązać tylko poprzez przemoc fizyczną, niczym ten tu kot. W jaki sposób homoseksualizm jest wrogi rodzinie i chrześcijaństwu? Przeciwny chrześcijańskiej idei rodziny – może i tak. Ale dlaczego dla chrześcijan coś niezgodnego z ich poglądami jest od razu wrogie? Odnoszę wrażenie, że chrześcijaństwo już od bardzo dawna postępuje tak, jak kot Speedo z powyższego filmiku – nie podoba się, to falcon punch. Na szczęście w dzisiejszych „cywilizowanych” czasach, nie mogą być aż tak frywolni jak podczas wypraw krzyżowych, czy chociażby „krzewieniu wiary”, nie przebierając daleko, w Polsce, gdzie w czasach naszego pogaństwa Niemcy, wówczas już chrześcijanie, dawali nam łupnia raz za razem, aż nie postanowiliśmy „zejść z drogi zła i kroczyć jedyną właściwą drogą”. Nie wydaje mi się, aby domaganie się przez homoseksualistów prawa do adopcji, czy zakładania rodzin poprzez zawieranie oficjalnych związków małżeńskich było w jakikolwiek sposób wrogie rodzinie. Może inne niż dotychczasowa jej idea, ale na pewno nie wroga… Nigdy nie widziałem wrogości zainicjowanej przez homoseksualistów, była ona (o ile była w ogóle) co najwyżej reakcją na zaczepki innych. W razie, jakby ktoś był bardziej zainteresowany tym tematem, odsyłam do stron (odnośniki otwierają się w nowym oknie):

http://www.piotrskarga.pl/ps,5421,3,0,1,I,informacje.html

http://www.protestuj.pl/

Nie jest to z mojej strony promocja, jedynie pokazanie rozwinięcia myśli zawartej w ulotce. Według mnie jeszcze bardziej się tam kompromitują, nie tylko kipiąc nietolerancją, ale także i głupotami.

I dla kontrastu:

http://europride2010.eu/?go=wylaczrekl&u=1&lg=1

I niech mi ktoś powie, gdzie są te wszystkie wartości, o których pisze SKCh? Są tam raczej zawarte informacje, że to, co chcą zrobić nasi obrońcy moralności, już raz zostały uznane za złamanie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, a także przybliżany jest cel parady i trochę historii, o której najwyraźniej niektórzy zapomnieli. I gdzie tu ta nienawiść religijna? Jeśli ktoś się zgadza z SKCh, niech jeszcze zbojkotuje sponsorów medialnych i partnerów, a także napiętnuje ludzi, którzy lubią to na Facebooku, wina przez pomocnictwo!

Wiem, że sam jestem w tym momencie radykalny i prawdopodobnie nie lepszy od SKCh, ale jest to jednak reakcja, a nie coś samo z siebie. Normalnie nie chodzę po ulicy mówiąc protestującym obok mojej uczelni (która mieści się niedaleko Sejmu) ludziom, że ich nie lubię, bo są głośni. Mówi się „trudno”. Razi mnie po prostu takie ujęcie sprawy, sprowadzanie homoseksualistów do kategorii gorszych ludzi, bo nie są heteroseksualni, co chyba jest w zasadzie jedynym „zarzutem” (ciężko takie coś nazwać zarzutem). Bo jeśli chodzi o inne cechy dotyczące bycia człowiekiem, są podobni do heteroseksualnych. Miewają różne cechy osobowości, style, itd., ale dwóch głów to już jednak nie mają. Wniosek się chyba nasuwa sam. Żałosne jest dla mnie to, że kiedyś chrześcijanie też byli prześladowani, na dodatek w dużo mniej cywilizowany sposób, a jakoś gówno ich to nauczyło i dalej potrafią piętnować innych i to za dosłownie to samo, za co oni byli, czyli za… bycie sobą, bo w czym byli inni od swoich oprawców? Idąc tym tropem, może powinniśmy prześladować biednych, bo nie są bogaci? Albo ludzi w okularach, bo nie mają idealnego wzroku?

Mam nadzieje, że jest to oczywiste, ale jednak na koniec zaznaczam, że moje drastyczne wyrażenia o homoseksualistach są SARKASTYCZNE i nie mają na celu obrażenie NIKOGO, tak samo zresztą, jak i cała reszta mojego tekstu. Służą one jedynie wzmocnieniu wyobrażenia i efektu. Bądźmy szczerzy, jest wielu ludzi mających właśnie taką mentalność, jaką przedstawiłem na początku (może z wyjątkiem motywu o XXI wieku, często odnoszę wrażenie, że niektórzy się zatrzymali w XII, niestety), a wulgarność jest częstym elementem agresji, do której rzekomo prowokują homoseksualiści poprzez swoje „promowanie obscenicznych zachowań” i „wezwania do nienawiści religijnej”.

Reklamy

Kick-Ass

Mój ostatni wypad do kina był bajkowy. Mianowicie „dawno, dawno temu”. Więc ze względu na osobistą okazję postanowiliśmy wybrać się na film. Postawiony przed wyborem między „Alicją w krainie czarów” a „Kick-Ass” stwierdziłem, że może lepiej pójść na ten drugi. Udany powrót do kina to to nie był. W zasadzie lepsze wrażenie zrobiła na mnie maszynka, którą dostałem gratis do swojego biletu. Całkiem przyzwoita jednoczęściówka. Ale wróćmy do tematu. Fabuła filmu zapowiadała się na komedię. Ot, typowy amerykański fan komiksów nagle postanawia stać się super bohaterem, podobnym do tych, o których czytał. Pierwsze próby nie wypadają najlepiej – podczas próby „skopania tyłków” parze oprychów, Dave dostaje klasyczną kosę w bebechy. Mało tego naszego bohatera dodatkowo potrąca samochód. Przynajmniej typki uciekły i nie ukradły samochodu. Mocne wejście, nie ma co. Po jakimś czasie Dave wraca do zdrowia, a jego status społeczny w szkole zmienia się w dość nietypowy sposób. Dave nie chciał, aby jego tożsamość jako Kick-Ass została wydana, więc poprosił sanitariuszy, aby milczeli o kostiumie. Dzięki czemu dorobił się metki geja. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dave zaprzyjaźnia się z dziewczyną swoich marzeń, Katie. Jej zainteresowanie naszym super bohaterem wzięło się z pogłosek o jego orientacji, rzecz jasna. Któregoś razu, szukając zaginionego kotka, Dave przez przypadek spada z billboardu, dzięki czemu potyka się o niego mężczyzna, którego goni trzech innych. Dzięki upadkowi tamci trzej doganiają swoją ofiarę i zaczynają ją okładać. Kick-Ass wkracza do boju i używając swoich niezawodnych pałek, niestety nie otrzymały one pieszczotliwych imion, jakimś cudem daje całkiem niezły wycisk gangsterom. Przy okazji zostaje sfilmowany telefonem komórkowym przez jednego z nastolatków przebywającego w pobliskim barze. Filmik oczywiście trafia na YouTube. I tak powstał Choca, znaczy tak powstała legenda Kick-Ass’a. W tym samym czasie, równolegle do poczynań Dave’a, w mieście pracuje lokalny Batman i asystentka. W tej roli Nicolas Cage. Big Daddy, bo tak się nazywa nasz Mroczny Rycerz w tym filmie, pracuje nad zlikwidowaniem Franka D’Amico, szefa lokalnego świata przestępczego, który przed laty doprowadził do zamknięcia Macready’ego, wówczas wzorowego policjanta, wrabiając go w handel narkotykami. Pośrednio w wyniku tego zmarła też ciężarna żona Damona, ale zdążyła urodzić córkę, którą podczas nieobecności taty zajmował się jego najlepszy przyjaciel, Marcus. W pewnym momencie losy Kick-Assa, Big Daddy’ego i Hit-Girl (córeczki Damona) się spotykają… Mimo wszystko nie zdradzam fabuły, bo ktoś może jednak zechce obejrzeć film. W obronie filmu dodam, że jednak miejscami był śmieszny, jednak polegało to na zwyczajnych „epic failach”, a nie jakimś błyskotliwym żartem. Co do reszty filmu… Efekty specjalne w filmie są bardzo miłe dla oka, aczkolwiek nic wielkiego to to nie jest. Dlaczego nazwałem Big Daddy’ego Batmanem? Wystarczy spojrzeć na jego przebranie. Naśladuje ono zbroję Batmana, z raczej nienajlepszym wynikiem. Natomiast Kick-Ass, ten to dopiero się napracowa. Dave Lizewski „ratuje świat” ubrany w… zieloną piankę do nurkowania, pasującą kolorystycznie kominiarkę, w traperach i… żółtych rękawicach ogrodowych. Muzyka w filmie jest zdecydowanie najlepszym elementem. Usłyszymy, między innymi, The Prodigy. Film nie jest warty polecenia także i ze względu na jakość tłumaczenia, z którą jest gorzej niż przeciętnie. Jest kilka miejsc, w których tłumacz się potknął, nie tylko w kwestii samego przekładu. Jednym z przykładów jest utworzenie nowej odmiany czasownika „zrobić”, według której mówi się „zrobiłbyście”, zamiast „zrobilibyście”, nawet jeśli to literówka, jest to niewybaczalne przeoczenie. Lub też „trzy ci w cztery”. Oczywiście „trzy” mogło oznaczać kij, aczkolwiek jest to raczej nieadekwatne do sytuacji, w której szef mafii się wkurza, bo ktoś zawraca mu głowę mało istotną sprawą. Wolę założyć, że zamiarem było tutaj raczej złagodzenie tego, niźli to miałby być błąd w pisowni tego. Złagodzenie przekleństw jest, aczkolwiek bardzo niekonsekwentne. Z jednej strony mamy „kij ci w dupę”, lub też pominięcie różnorakich „soczystych wyrazów”, a z drugiej „kurwa”, zamiast klasycznego „cholera”. Są też i błędy merytoryczne, co prawda nie są one ażtak rażące jak te, które serwują nam czasami tułmacze seriali emitowanych w Comedy Central. Na przykład przetłumaczenie pianki do nurkowania którą nosi Dave, jako kostium. Jest to błędem dlatego, że w tej scenie nasz bohater użala się nad sobą i jest dość krytyczny, wobec czego nie określa swojego acrygenialnego przebrania tym szczytnym mianem, tylko wali prosto z mostu.

Podsumowując, hasło reklamowe nie kłamało i „Kick-Ass” naprawdę „skopał mi tyłek”. Tak, że nie mam ochoty na drugą rundę. Dzięki temu filmowi zwątpiłem w pomysł regularnego chodzenia do kina, ale, na szczęście, przed filmem były puszczane zapowiedzi innych filmów, z których dwa bardzo mi się spodobały i zamierzam je obejrzeć, między innymi „Dorwać byłą” i „Nocna randka”.

Ocena końcowa 3/10.

Schron 7/7

Wydana w Polsce po 3 latach od wydania oryginału (tyle czasu minęło, to chociaż błędy można było usunąć) książka Anny Starobiniec, dziennikarki rosyjskiej, jest świetna. Gatunkowo podpada pod fantastykę, dodatkowo do czynienia mamy z wieloma elementami metafizycznymi. Ale po kolei – akcja jest wielowątkowa, z perspektywy kilku związanych ze sobą postaci, podświadomie dążących do jednego – spotkania ze sobą. Jednakże w miarę rozwoju akcji niektórzy… zmienią się, bardzo dosłownie. Naszą główną bohaterką będzie Masza, fotoreporterka, była matka, była żona. Swoje dziecko oddała do domu opieki nad dziećmi niepełnosprawnymi, mąż zostawił ją dla innej kobiety. Nie wie, że jej przeznaczenie, a także przeznaczenie jej dziecka, jest inne niż wszystkich. Ona bowiem jest matką wybawiciela z przepowieści Kościanej. Mamy też ojca dziecka, Josifa, który dał się zwieść szatanicy Lucyfie, która odwiodła go od dziecka i żony, która ma się okazać ostatecznym przeciwnikiem Chłopca. Chłopiec jest kolejnym bohaterem książki, wybawca Nawi, jedyny mogący przeciwstawić się mocy Lucyfy. Ostateczna walka coraz bliżej…

W książce dzieje się dużo, akcja rozgrywa się w dwóch pokrywających się rzeczywistościach. Świat nieuchronnie zbliża się ku końcowi, nieważne który… W naszym świecie, Jawi, nastąpi trzecia wojna światowa, wielkie kataklizmy. Wydawać by się mogło, że autorzy portalu http://www.przesuniecie.ru (a także jego odmian w innych językach) znają pewny sposób na przeżycie. Czy aby na pewno? Po drugiej stronie, Nawi, mamy różne dziwadła, Nieczyści, którzy są tam uwięzieni, czekają na zbawienie. Iwan ma być ich zbawcą. Kiedy dorośnie, stanie do walki z Lucyfą i ją pokona. Czy aby na pewno?

„Schron 7/7” jest jedną z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek miałem przyjemność czytać. Idealnie połączenie wszystkich wątków w całość, świetne przejścia między postaciami i rzeczywistościami, niezwykła pomysłowość i świetna fabuła. Warta polecenia każdemu fanowi (zwłaszcza rosyjskiej) literatury fantastycznej.

Końcowa ocena – 9/10.

Pożegnalny blues

Ostatnia powieść o detektywie Rebusie jest genialnym zwieńczeniem całej serii. John Rebus dostaje sprawę morderstwa rosyjskiego poety. Wiele wskazuje na to, że mogła być sprawka przebywających w tym samym czasie w Edynburgu Rosjan, którzy prowadzili rozmowy biznesowe, poeta bowiem miał wielu wrogów w ojczystym kraju, którego rząd krytykował. W jednym ze swoich wierszy obraził także jednego z członków delegacji. Do tego wszystkiego nagle wplatany jest wątek Cafferty’ego, którego Rebus nieustannie próbuje posadzić za kratkami… W pewnym momencie Rebus posuwa się za daleko ze swoją bezczelnością i zostaje zawieszony, a po spotkaniu z Caffertym zostaje jedynym z głównych podejrzanych brutalnego pobicia byłego gangstera… Czy to mu przeszkodzi w dokończeniu sprawy? Jaki w tym wszystkim jest udział Dużego Gera? Kto zamordował poetę? Dlaczego Rebus zostaje wrobiony? Odpowiedzi na te i inne pytania poznajemy dopiero na końcu, za to same pytania wyłaniają sie z każdym dniem śledztwa. Nie ma chwili na wytchnienie, „Pożegnalny blues” sprawi, że ani przez chwilę się nie znudzimy, a tylko wynik śledztwa przewidziałby tylko najlepszy detektyw.

Mimo, iż John Rebus zda odznakę, zrobi to w świetnym stylu, który nieco rekompensuje jego odejście od służby. Jak zwykle nie zabraknie ciętego poczucia humoru, sarkazmu czy bezczelnego zachowania detektywa „bad boya”. Wiele wątków, zdających się być na pierwszy rzut oka powiązanymi ze sobą siecią intryg, okazuje się wcale nie istnieć, a Rebusowi tylko się zdawało… Jednak na koniec Rebus zrobi coś, o co byśmy go nie podejrzewali. Co? To już trzeba poznać samemu.

 

Końcowa ocena 9/10

Obsesja

Thriller (jak najbardziej) erotyczny (już mniej), w którym w głównych rolach kobiecych występują znana piosenkarka, Beyoncé Knowles, i jedna z Herosek, Ali Larter, która powinna była grać w Terminatrix zamiast Kristanny Loken, jest jednym z ciekawszych filmów ostatnich miesięcy. Wszystko zaczyna się niewinnie – Derek Charles, świeżo awansowany spec z rynku finansowego, właśnie wprowadził się do wymarzonego domu wraz ze swoją ukochaną żoną, Sharon, i synkiem, Kylem… Pewnego dnia wsiada do windy razem z atrakcyjną białą kobietą, która okazuje się być przysłaną na zastępstwo do firmy Dereka. Derek od razu wpada Lisie w oko. Po kilku dniach zostaje ona na krótko asystentką Dereka, w zastępstwie oczywiście. Ze swoich zadań wywiązuje się bez zarzutu, z wyjątkiem, kiedy Sharon dzwoni do biura… Lisa coraz bardziej zakręca się wokół przełożonego, w końcu dopadając go na imprezie firmowej z okazji Bożego Narodzenia, podczas którego najpierw podrywa i upija Dereka, a później rzuca się na niego w toalecie, lecz zostaje odrzucona. Następnego dnia obydwoje zachowują się jakby nic się nie stało, aż do momentu wyjścia Dereka z pracy. Lisa wparowuje do jego samochodu w płaszczu, który po chwili rozchyla ukazując się w samej bieliźnie. Tym razem Derek wkurza się nie na żarty i wyrzuca natrętną dziewczynę z samochodu. Jednak ona nie da za wygraną. Lisa będzie coraz śmielsza w swoich poczynaniach. Jak to się zakończy?

Jak widać, fabuła jest bardzo ciekawa. Muzyka jest jednak przeciętna, jednak akcja sprawia, iż nie przeszkadza to aż tak bardzo. Film ma kilka elementów, w których uderza „z grubej rury”, nie pozwalając nam się nudzić. Obsada aktorska nie jest wielka, jednak są w niej perełki, i nie chodzi mi tylko o Beyoncé, która zagrała bardzo dobrze, ale jest bardziej wabikiem przyciągającym tłumy do kin (tak samo jak część „erotyczny” w kampanii promocyjnej filmu), lecz także Jerry O’Connell, znany trochę starszej publiczności z serialu „Sliders – Piąty Wymiar”, oraz wspomniana Ali Larter, najbardziej w Polsce znana z seriali „Herosi”.

Zdecydowanie polecam, śmiało oceniając film na mocne 8.

Czarna księga

Najnowsza (w Polsce) książka Iana Rankina oparta na motywie zawieszonego superbohatera. John Rebus pod wpływem intuicji i zaistniałych okoiczności postanawia sposzperać w sprawie sprzed 5 lat, która nigdy nie została rozwiązana. Rebus dokopuje się coraz głębiej, jednak za jego odkrycia zapłacą inni, jak i on sam. Rebus zostanie zawieszony, co jednak go nie powstrzyma przed działaniem i, ostatecznie, rozwiązaniem sprawy. Akcja jest długa i bardzo ciekawa, ale łatwa do streszczenia mimo wszystko. Dobry gliniarz staje się lepszy, więc go zawieszają, dzięki czemu jest jeszcze lepszy. Jednak za pewną cenę, która nie jest aż tak straszna, jak się oczekiwało. Do tego dochodzą smaczki. Styl Rankina bardzo pasuje do tekstu – kryminał w oprawie kryminału w swoim najlepszym wydaniu. Mimo, że sceny znane z Kinga nie mają tu miejsca, nikt nie boi sie zakląć, czy dobitnie wyrazić swoje zdanie lub nawet sprzeciw. Na humor nie można narzekać, jeśli jest się fanem kryminałów, jest on iście filmowy. 3-osobowy narrator zręcznie wtrąca komentarze dotczyące domysłów Rebusa, opowiadając całą historię w ciekawy sposób.

Pozycja warta polecenia wszystkim fanom kryminałów, bardzo solidna. 8+/10

Czarna księga

Kto zabija najsławniejszych amerykańskich pisarzy?

Jest komedią w iście amerykańskim stylu. Humor nie jest wyrafinowany, miejscami absurdalny (postać Goriego – człowieka-krokodyla), bardziej nadaje się na scenariusz kolejnej komedii ze Stevem Martinem lub Leslie Nielsenem, z których zresztą ten pierwszy jest jednym z zamieszanych w zniknięcie pisarzy. Akcja jest podzielona na rozdziały, w których przedstawiane są zniknięcia kolejnych sław świata literackiego, z wyjątkiem rozdziałów ze Stephenem Kingiem (jak się później okaże – wybawicielem), które są przerywnikami między kolejnymi zaginięciami. Akcję obserwujemy z perspektywy tego samego narratora (nie ma zmian perspektywy, jeśli nasz bohater coś myśli, to narrator to opisuje), który jest wszechwiedzy. Zakończenie jest zaskakujące (oczywiście w stylu wspomnianych komedii). Język wykorzystany jest prosty, ze stron nie bije ambicja. Moim zdaniem jest to świetny materiał na scenariusz filmowy, jednakże ogólne wrażenie i tak jest całkiem dobre. Cytaty z okładek są przesadzone, ale nie można powiedzieć, że książka Kaplowa jest kiepska, nawet jeśli nie jest się fanem amerykańskich komedii –są momenty, kiedy nie da się nie zaśmiać, zwłaszcza w rozdziałach z Kingiem. Podsumowując – książka nie jest wybitna, ale takie książki są rzadkością na naszym rynku, ma w sobie „to coś” co sprawia, że chce się czytać dalej, ale była chyba pisana z nadzieją na zostanie scenariuszem, niż bestsellerem.

Ostateczna ocena – 6+/10

Kto zabija najsławniejszych amerykanskich pisarzy

Północ

Oryginalnie wydany w 1989 thriller przeniesie nas do Moonlight Cove, miasteczka, w którym przeprowadzana jest Zmiana… Ludzi przechodzą do kolejnego etapu człowieczeństwa – Nowych Ludzi. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem. Akcja zaczyna się już od pierwszej strony, jak to u Koontza, kiedy to spokojną Janice Capshaw, wdowę po miejscowym duchownym, która lubi biegać nocą dla zdrowia, napadają i mordują dziwne stwory… Jest to tylko jeden z kilku wypadków tego typu w tej okolicy, mających miejsce od miesiąca. Wszystkie ofiary są poddawane kremacji zwłok, coś tu nie gra. Aby zbadać sprawę dokładniej FBI wysyła Sama Bookera. W tym samym czasie do miasta przybywa siostra Janice, Tessa. Na krótko przed wysłaniem Bookera, FBI dostaje wiadomość od miejscowego weterana wojennego, który został kaleką dzięki wojnie w Wietnamie, Harry’ego Talbota, którego niepokoją wydarzenia w miasteczku. Samo Moonlight Cove jest kontrolowane przez Thomasa Shaddacka, który jest głównym sprawcą Zmiany. Jego, z założenia genialny, plan zmienienia wszystkich ludzi w lepsze istoty ma pewne wady – regresywnych, który możliwości otrzymane po Zmianie używają inaczej, niż było planowane… Booker jest sam przeciwko całemu miastu – bez względu na to, czy zostali poddani zmianie. Nie może liczyć na pomoc policji, została już ona zawładnięta przez Shaddacka. Jednak nawet udoskonalona policja nie potrafi sobie poradzić z małą Chrissie, która ucieka regresywnym aż dwa razy, a policja nie potrafi nawet jej znaleźć. W pewnym momencie nasi bohaterowie spotkają się w tym samym miejscu – aby wyruszyć na ostateczną rozprawę z kierownikiem zamieszania.

Fabuła oczywiście jest dużo bardziej rozbudowana, jednak ten opis powinien wystarczyć, żeby skusić do sięgnięcia po ten tytuł. Dodatkowo, obecne wydane, z 2009 roku, zawiera nowe posłowie autora, które dla każdego fana jest zawsze smaczkiem.

Styl Koontza jest niepowtarzalny – akcja rozwijająca się od samego początku, wielowątkowość jest przeprowadzona równolegle bez wrażenia, że coś istotnego z tych wydarzeń mogło nas ominąć, podczas patrzenia zza ramion innych postaci. Jego humor jest okraszony dużą ilością ironii i sarkazmu, sposób kreowania postaci w wielu wypadkach opiera się na stereotypach (Booker mógłby być zamiennikiem Max Payne’a, a Chrissie jest typowym inteligentnym dzieckiem, które musi irytować swoją bujną wyobraźnią i absurdalnymi pomysłami). Wszystko kończy sie szczęśliwie – jak w wielu jego książkach – bohaterowie wychodzą zwycięsko z nawet najgorszych starć. Jednak najpierw czeka ich długa droga, która ani na chwilę nie zanudzi czytelnika.

Końcowa ocena – 9.

KoontzPółnoc

Kapłanka w bieli

Najnowsza wydana w Polsce książka Trudi Canavan, pierwsza część trylogii „Ery Pięciorga”, opowiada nam o losach Aurayi, jednej z Białych, którzy są Wybrańcami Bogów. Fabuła zaczyna się dość standardowo – dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności w młodym dziecku zostaje rozpoznany wielki potencjał i zostaje ono zabrane na szkolenie. W niedługim czasie Auraya zostaje Białą i otrzymuje swoje pierwsze misje. Zostaje ona wysłana w świat z zadaniem zdobycia nowych sojuszników dla swego kraju, lub raczej bogów, gdyż to ich wolą jest, aby Biali zjednoczyli pokojowo wszystkie państwa. W swojej wyprawie Auraya się zakocha, jednak to trzeba odkryć samemu… Szybko po zdobyciu nowych sojuszników cale przymierze Cyrklian stanie w obliczu wojny z pogańskimi Pentadrianami – także wyznających pięciu bogów, także mających pięciu najwyższych kapłanów. Punkt kulminacyjny każdy znajdzie w książce inny, zależnie od gustu. Który to będzie, zostawiam już tym, którzy przeczytają.

Co zaś się tyczy stylu, to nie można się zawieść. Narracja jest świetna, czasami nawet przejawiająca dowcip. Akcja przenosi się nie tylko z rozdziału na rozdział, lecz także w nich, co już jest znakiem rozpoznawczym Canavan, który nie jest może oryginalny, ale rzadko komu tak dobrze wychodzi wyczucie momentu „przeniesienia” tej akcji do zupełnie innego miejsca.

O świetności książki można by mówić jeszcze długo, jednak żadne słowa nie wystarczą, aby oddać zachwyt, jaki odczuwałem podczas czytania. Rzadko kiedy bardziej się zachwycałem pomysłowością (w końcu nie każdy wymyśla, na przykład: całkiem nową florę i faunę), fabułą, postaciami i ich wyborami, czy umiejętnościami autora.

Bardzo mocno polecam wszystkim, nie tylko fanom fantastyki (może niektórzy nawet przekonają się co do tego gatunku – w końcu jest on bardzo obfity w dobrych pisarzy). Końcowa ocena – 9/10.

Kapłanka w bieli

Duchy moich byłych

Connor Mead kocha kobiety. Problem w tym, że wszystkie naraz. Connor po prostu bardzo lubi się zabawiać z kobietami. Związków nie uznaje, w miłość nie wierzy, dla niego istnieje tylko „niezobowiązujący seks”. Znany fotograf-uwodziciel (jak łatwo się domyśleć fotografuje on kobiety, zwłaszcza jeśli są one ubrane jedynie w bieliznę) ma młodszego brata, który jest jego kompletnym przeciwieństwem – jest spokojny, wychowany i… właśnie bierze ślub. Connor, wieczny imprezowicz, nie popiera tego pomysłu, ale twierdzi, że  to dobra okazja do kolejnych podbojów łóżkowych. Jego arogancki styl bycia przyciąga kobiety jak magnes, z wyjątkiem jednej – Jenny Perotti. Jenny  stara się tonować obecność i zachowanie Connora, jednak Connora nie zmieni żaden z żywych ludzi. Do tego potrzeba innej siły. Tak więc Connor podczas pobytu w łazience zostaje odwiedzony przez wujka Wayne’a, legendę podrywu i imprez, wzoru Connora. Zapowiada mu on… zmianę i to w ciągu najbliższej nocy. Connora odwiedzić mają trzy duchy… Czyż nie brzmi to znajomo? Tak, tak. Motyw z „Opowieści wigilijnej” przeniesiono do współczesności w odrobinie innym kontekście, co dało świetny wynik, nie tylko w fabule filmu. „Duchy moich byłych” to świetna komedia z mieszanką poczuć humoru – widz znajdzie w nim zarówno standardowe komediowe zagrywki, gagi, czy inne śmieszne sytuacje, dialogi, ale także i ironię i sarkazm, co razem stworzyło bardzo dobrą mieszankę. Dodać do tego dobrą obsadę (Matthew McConaughey, Jennifer Garner i Michael Douglas w rolach głównych) i dostajemy efekt „palce lizać”. Film na pewno nie rozczaruje, gorąco polecam.

W skali od jednego do dziesięcu przynaję 10. Już dawno tak dobrze się nie śmiałem w kinie!

« Older entries